Klątwa Gronkiewicz-Waltz nr 1777

W Gazecie Polskiej Codziennie z 23 września 2021 ukazał się mój kolejny tekst reprywatyzacyjny. Tym razem opisuję kuriozalne zarządzenie, które zniknęło 5 lat temu, ale nadal żyje w feralnych kamienicach.

Blisko trzy lata temu Hanna Gronkiewicz Waltz opuściła pałac na Placu Bankowym, a jej duch nadal krąży po okazałych komnatach zamienionych na gabinety. Pół biedy, gdyby zechciał tam zostać. Niestety, jako zmora panoszy się też w kamienicach, które lekką ręką, na podstawie jednego jej zarządzenia, zresztą dawno już w panice uchylonego, zostały oddane rzekomym spadkobiercom.

Przez lata miliony z budżetu miasta transferowano do kieszeni oszustów, którzy uwłaszczyli się na warszawskich kamienicach i końca nie było widać. Wypłacano odszkodowania według cen wolnorynkowych za mieszkania lata temu sprzedane lokatorom z bonifikatami, domniemane 10-letnie utracone zyski, bo Miasto korzystało z „ich mienia”, za przewlekłość postępowań administracyjnych. Rząd Platformy Obywatelskiej wyasygnował 600 mln zł dofinansowania budżetu Warszawy, żeby stolica nie zbankrutowała, a i tak ciągle było mało. Sama Marzena K., najbogatsza urzędniczka, żądała wypłaty ponad 90 milionów. Wypłacono tylko 38,6 mln. Jej braciszek, mec. Robert N., był lepszy, zdołał wyciągnąć z Ratusza 120 mln, a rekordzista, hrabia Michał S. (obecnie w areszcie), poza pałacami i kamienicami zgarnął 240 mln samych odszkodowań!

Praktyczna pani

Hanna Gronkiewicz Waltz, było nie było profesor prawa, wpadła na genialny pomysł, by zaoszczędzić i uchronić Miasto choćby przed jednym rodzajem odszkodowań – za przewlekłość postępowań administracyjnych. Bo wnioskujący o zwrot kamienicy czy majątku należącego do reaktywowanej spółki nie zawsze przedstawiali komplet dokumentów i odszukanie brakujących puzzli zajmowało czas. Niecierpliwi występowali wówczas do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego ze skargą na przewlekłość urzędu, a wówczas Ratusz był karany grzywną. W 2008 r. Hanna Gronkiewicz Waltz, broniąc się przed grzywnami wydała zarządzenie nr 1777/08, w którym zobowiązała burmistrzów dzielnic do wydawania spadkobiercom w zarząd i posiadanie budynków, wobec których wciąż toczą się postępowania dekretowe. I tak kilkadziesiąt, a może kilkaset kamienic (Ratusz takiej statystyki nie prowadzi!) trafiło w prywatne ręce, bez sprawdzenia czy są to prawdziwi spadkobiercy, czy poza nimi są jeszcze inni i czy w ogóle nieruchomość kwalifikuje się do zwrotu.
Zaraz po wybuchu afery reprywatyzacyjnej, po ujawnieniu kulis przejęcia wartej 160 mln działki Duńczyka przy Pałacu Kultury, Hanna Gronkiewicz Waltz, kryjąc własny tyłek, po cichutku wydała kolejne zarządzenie – 1366/16, unieważniające to wcześniejsze, z 2008 r. i sprawę uznała za zamkniętą. Zapomniała jednak z tych rozdysponowanych przez siebie kamienic zabrać swoich zarządców/posiadaczy.

Czarna wdowa

Półtorej kartki maszynopisu, czyli protokół zdawczo-odbiorczy, podpisany m. in. przez Gertrudę J.-F. (siedzi na ławie oskarżonych już w kilku procesach reprywatyzacyjnych), to jedyne świadectwo pozbycia się majątku wartego miliony. Nikt nigdy nie sprecyzował jakie obowiązki ciążą na zarządcach/posiadaczach i jakie pożytki będzie miał z tego tytułu wpisany do księgi wieczystej właściciel, Miasto stołeczne Warszawa. A nowi posiadacze wkraczali do kamienic nie tyle jako zarządcy, co właściciele. Tak przedstawiali się mieszkańcom i pobierali czynsze, zarówno od lokatorów komunalnych, którym podnosili opłaty, jak i od właścicieli mieszkań.
Beata G., która fałszywym testamentem przejęła zarząd nad kamienicą przy Sękocińskiej 7 po swoim nieżyjącym mężu, w pierwszym odruchu przelała na swoje konto cały fundusz remontowy, jaki latami gromadziła wspólnota – 230 tysięcy. Jak obliczają właściciele mieszkań, zyski Beaty G. tylko z pobieranych przez 6 lat czynszów to ponad 2 miliony. Okazało się, że z tej kwoty ani jedna złotówka nie została odprowadzona za zużytą wodę czy ogrzewanie. W powodu zadłużenia mieszkańcom grozi tej zimy odłączenie od centralnego ogrzewania. Zdesperowana wspólnota zgłosiła do urzędu skarbowego prośbę o przeprowadzenie kontroli „zarządu” nad kamienicą. Urząd odpowiedział, że nie może przeprowadzić kontroli, ponieważ nie ma podstawy prawnej, by Beata G. czymkolwiek zarządzała. Zawiadamiana prokuratura też nie dopatrzyła się czynów prawem zabronionych. A to nie są całe dochody czarnej wdowy!

Hodowla pustostanów

Dzika reprywatyzacja wypracowała dwie zasady, które obowiązują do dzisiaj. Po pierwsze nie wolno inwestować w budynki, do których są roszczenia. Po drugie – nie wolno przydzielać mieszkań w kamienicach z roszczeniami nowym najemcom. I tak sobie stały, puste, bezużyteczne, na przykład: na Sękocińskiej – 6 mieszkań, na Wale Miedzeszyńskim – 12 lokali, w tym cztery użytkowe. Przez kilkanaście lat gniły, jako że w większości tych kamienic nie ma centralnego ogrzewania. Pustostany to nie jest problem tylko domów dotkniętych klątwą 1777. Wszędzie magiczne słowo „roszczenia” działa jak miotła, która wymiata lokatorów. Na Mińskiej 33 od lat zieje pustką 16 mieszkań i choć już trzy lata temu działacze lokatorscy udowodnili, że żadnych roszczeń nigdy nie było, nie ma i być nie może, to gdy ocaleni z czystek mieszkańcy domagają się remontu i doprowadzenia centralnego ogrzewania, w dalszym ciągu słyszą o roszczeniach.
Nowi zarządcy/posiadacze natychmiast po objęciu rządów próbowali pozbyć się zbytecznego żywego inwentarza. Na Marymonckiej udało im się przechwycić cztery mieszkania. Potem łapali za pędzle, ochlapywali ściany pustostanów farbą, wstawiali łóżka i szafy z demobilu, na zniszczone podłogi kładli wykładziny, montowali lampy z Ikei i puszczali na wolnym rynku kawalerki po 1500 – 2000 zł miesięcznie za sztukę. Tylko lokale użytkowe pozostały puste przez kolejne lata, bo żadna firma nie wynajmie lokalu na gębę. A ponieważ zarządcy/posiadacze nigdy nie rejestrowali swej działalności, nie rozliczali się z fiskusem, żadnych faktur wystawiać nie mogą.

Artykuł 231 kk

Głupie pytanie: czy prawowity właściciel, Miasto stołeczne Warszawa, ma jakieś korzyści finansowe z prywatnej działalności mianowanych przez siebie zarządców? Raczej nie. W lutym Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów im. Jolanty Brzeskiej skierowało do prezydenta stolicy, Rafała Trzaskowskiego, kilka pytań w sprawie wycofanego z obiegu prawnego 5 lat temu zarządzenia i statusu prawnego zarządców, którzy zagnieździli się w kamienicach i udają właścicieli. Do dzisiaj nie przyszła odpowiedź.
W tym samym czasie, niezależnie od działaczy lokatorskich, poseł Paweł Lisiecki w ramach interpelacji poselskiej zadał Rafałowi Trzaskowskiemu podobne pytania, dotyczące trzech kamienic, z których wyrzucani są lokatorzy. Odpowiedział Robert Soszyński, wiceprezydent, już były na szczęście, odpowiedzialny w Ratuszu za reprywatyzację. Jego zdaniem Juliusz F., który na podstawie uchylonego zarządzenia nadal pobiera czynsze i wynajmuje na lewo cudze (tzn. należące do Miasta) mieszkania na Saskiej Kępie jest właścicielem, zgodnie z zasadą ex tunc, cokolwiek to znaczy. Juliusz F. nigdy nie był, nie jest i już nie może być właścicielem żadnej kamienicy, w której mieszkają ludzie. O tym zadecydowała nowelizacja ustawy o gospodarowaniu nieruchomościami z 12 listopada 2020 r. A ostatnia głośna nowela kodeksu postępowania administracyjnego definitywnie kończy „odzyskiwanie” znacjonalizowanych po wojnie nieruchomości. Ratusz jednak zdaje się nie widzieć zmian w prawie i nadal posługuje się narracją byłej pani prezydent.
A czy pani prezydent i jej następcy nie powinni odpowiadać karnie za swoje zarządzenia? Artykuł 231 kodeksu karnego przewiduje sankcje za taką samowolę, która naraża tzw. dobro społeczne na ogromne straty, liczone w milionach złotych.
§ 1. Funkcjonariusz publiczny, który, przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
§ 3. jeżeli sprawca czynu określonego w § 1 działa nieumyślnie i wyrządza istotną szkodę podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
Trudno uwierzyć, że profesor prawa, wykładowca uniwersytecki wyrządzając istotną szkodę mogła działać nieumyślnie.

Ewa Andruszkiewicz